O kobiecie, która przeżyła “wydobyciny” i dlaczego nie byłam to ja

Czwarta noc w szpitalu. Czuję się trochę jak w akademiku – chodzimy z dziewczynami spać późno, rozmawiamy do oporu, dużo się śmiejemy, różni ludzie nas odwiedzają. Jedyna różnica jest taka, że wszystkie na coś czekamy, ale tym czymś nie jest dostawa “najtańszej pizzy w mieście”.

Chwile szczęścia i chwile rozpaczy

To już drugi dzień, kiedy czuję, że coś się dzieje – brzuch trochę boli, a ja jestem jakaś taka dziwnie podekscytowana. Zastanawiam się kiedy wreszcie! Od południa jest nas w pokoju 3 zamiast 4 – Ola trafiła na porodówkę, a my śmiałyśmy się z niej wspominając, jak mówiła “Pewnie jeszcze tydzień! Ten lekarz nic zupełnie nie wie!”. Tak jest za każdym razem – “wyprawiłam” do porodu chyba jakieś 7 kobiet odkąd tu jestem! Czuję się jak zawodowa położna! Życzenia na szczęście i widzimy się może jutro – koniecznie rozpakowane z dwupaku!

W dzień spacerowałam po korytarzu, za każdym razem mijając zamknięty pokój na jego końcu. Tam jest cicho i głucho. Nikt nie narzeka na odgłosy KTG podpinanego między piątą a szóstą rano. Dziewczyny nie wychodzą nawet do toalety, żeby tylko nie musieć na mnie patrzeć. Żeby nie musieć patrzeć i myśleć o tym. W odwiedziny wchodzi się do środka nie robiąc hałasu i bez głośnego “Dzień dobry!”.  W tym pokoju nie oddycha się powietrzem, ale gęstą jak smoła rozpaczą, którą tylko kobiety po stracie dziecka potrafią przeżywać tak bardzo po cichu.

Wiesz co masz robić

Dzień dobiega końca, ale mam wrażenie, że nikt nie śpi. Jakaś dziwna noc się zaczyna – położne z przerażeniem powtarzają, że dzisiaj pełnia księżyca. Mnie to nawet trochę bawi i o 23:00 kładę się do łóżka, pytając Agaty, czy mogę jej coś podać – chodzi po korytarzu ze skurczami od prawie dwóch dni. Tak się złożyło, że na chwilę ucichły i chyba ma czas na drzemkę.

Pół godziny gapię się przed siebie leżąc. Jakoś nie mogę zasnąć. Wcześniej gadałam z “sąsiadką” o jej dwóch porodach – poszło szybko, praktycznie bezboleśnie, rodziła siłami natury. To jest trzecie dziecko. Wszystko w terminie, ale lekarz się przyczepił i zmusił żeby została na kontrolne badania. Ona zaplanowała, że jutro wróci do domu.

Zaczęło się.

23:30 termin wyznaczony na “za pół godziny” – no nieźle maluchu, masz wyczucie jak nikt! Wstaję z łóżka, patrzę przed siebie i widzę Agatę z takim grymasem na twarzy, że aż mnie to rozbawiło. Razem wychodzimy powiadomić położną co się szykuje. Wygląda na to, że dzisiejszej nocy chodząc po korytarzu będziemy stękać obydwie. “Sąsiadka” się z nas śmieje i wraca do spania. Na nią jeszcze nie czas.

Wiesz co masz robić.

Trafiam do nieba

Upragnione oddziałowe “niebo” jest tuż za drzwiami. Czekam kiedy zamienię “patologię” na “porodówkę” – tam są ładne kafelki na ścianach i nowe toalety i prysznice w pokojach. Położna sprawdza rozwarcie i z przerażeniem w oczach wzywa lekarza. No cóż – mnie kryzys siódmego centymetra nie dotknął – lekarz od razu kieruje na porodówkę. Coś przeczuwałam, bo mężowi dałam znać, wcześniej i już na mnie czeka. O własnych siłach idę do “nieba”, a Agata wciąż próbuje sobie wydreptać to rozwarcie.

Dwa porody jednego dziecka

Mąż jest na sali porodowej ze mną i zaczynamy się rodzić. Położna zagląda co jakiś czas, pyta czy wszystko w porządku, sprawdza czy nic się nie dzieje. Jest super. Kręcimy się na piłce. Cholera, czemu nikt mi nie mówił, że te skurcze to bardziej wkurzają niż bolą? Proponują znieczulenie, a ja pytam czy to faktycznie coś da jak będziemy przeć. Odpowiedź przecząca i sama też odmawiam. Nie jestem sadystką – po prostu dla mnie nie jest aż tak źle. Chyba bardziej nie lubię zastrzyków.

Mija 8 godzin ja i Wika jesteśmy gotowe już od tak długiego czasu, Józek pomaga jak może, ale coś nam nie pozwala – główka wciąż za wysoko. Przychodzi lekarz i zapada decyzja. Ja się zgadzam, nie spałam całą noc, jest piąta rano, mam dość . Wszystko pięknie, ale ja mam już dość, więc ta decyzja daje mi przynajmniej poznać godzinę kiedy odczuję ulgę: 8:15 – operacja.

Drugi poród tego samego dnia

Stół operacyjny, kurtyna, kilka pociągnięć. “Dziesięć!” – Wika jest na świecie. Płacze, to ja też płaczę. Mała, pomarszczona dżdżowniczka. Za chwilę widzę ją drugi raz – jest śliczna! Nabrała koloru, przestała płakać i jest taka cieplutka.

Za chwilę widzimy się na oddziale wszyscy we trójkę.

O kobiecie, która przeżyła “wydobyciny”

Po wszystkim poszłam spać, Józek pilnował Małej. Obudziłam się, położna pomogła wstać – spacer po oddziale, prysznic, karmienie dziecka. Czuję się fatalnie, ale nie dochodzi to do mnie, bo jestem zbyt szczęśliwa. Miałam taki piękny poród, tak dobrze przeszłam operację. Jak patrzymy zmężem na małą miękną nam serca. Józek zaczyna ją przytulać, bo chce, żeby “lubiła” też tatę, a nie tylko cyca mamy.

Popołudniu na salę na łóżku wjeżdża “Sąsiadka”. Dziecko jest z nią – więc wszystko poszło dobrze. Ona jest jakaś taka nieobecna.

Jej twarz jest taka smutna

Jej twarz jest pełna smutku, usta układają się w grymas bólu. Nie chce z nikim rozmawiać. Chce jej się płakać. W końcu rozkleja się i trochę w amoku wyrzuca z siebie nieskładne zdania: “Rodziłam dwa razy, wszystko było w porządku. Dlaczego tym razem coś takiego…” I wtedy wszystko zrozumiałam. Ona przeżyła poród, ale dla niej to były “wydobyciny”.

O słowach i szacunku do drugiego człowieka

Piszę i myślę o tym czy przeżyłam więcej, czy mniej. Bolało dwa razy – w trakcie porodu i po nim.

Myślę o kobietach, które wypluły z siebie słowa pogardy dla rodzących przez cesarskie cięcie, siedząc w zaciszu swojego domu, sącząc jad wprost na klawiaturę komputera. Zasięg tych słów jest większy niż rasistowskiego żartu opowiadanego przy piwie tylko w zamkniętym gronie. Dociera do mnie z prędkością super-szybkiego światłowodu dostarczającego mi internet. Kiedy to czytam nic nie czuję, jest mi to tak obojętne, że sama się sobie dziwie.

“Taka kobieta nie rodziła, tylko przeżyła wydobyciny. Poród to ból, wysiłek i parcie”. Definicja wprost encyklopedyczna. “Taka mama powinna sobie nie pochlebiać, że rodziła dziecko, bo zostało z niej wyjęte”.

Nie ma tu sensu pisać kto ma gorzej i kto ma bardziej. Czy ja miałam więcej, bo skurcze były, a ona ma mniej, bo cięli “na zimno”? Czy ja pokutuję brak parcia tym, że po operacji przez wiele dni nie podniosę swojego dziecka? Oko za oko. Ząb za ząb. Sprawiedliwie każdemu po kilka komplikacji.

I wtedy  przypominam sobie moją “Sąsiadkę”. Jej przerażenie, dezorientację, ten strach przed tym co już się wydarzyło. Do trzech razy sztuka, a tutaj taka porażka… Przypominam sobie kiedy jedna z Was ze złością napisała do mnie prywatnie, a słowa składały się trochę tak: “Jak możesz z taką lekkością pisać o cesarskim cięciu? Ja po tej operacji nie czuję się matką. Okradli mnie z porodu”. To jest tak prawdziwe jak ja i Ty, a tym bardziej jest realne im bardziej wywołuje to w Tobie złość.

Dziecko wydobyte, życie uratowane 

Ale kto bardziej cierpiał ten bardziej rodził. Kto dziecko ma bardziej chore, ten więcej przeżył. Kto bardziej krzyczał, ten więcej wywalczył.

Komu wydobyli temu nie jest dane…

Komu wydobyli temu nie jest dane cieszyć się szacunkiem kobiety pełnej strachu, ale cieszy się życiem swoim i dziecka.

Cieszy się rodziną i szansą na jej oddechy. Cieszy się szansą na nieprzespane noce i na bałagan w dużym pokoju. Na rozchlapaną wodę z wanny i wylaną na kanapę herbatę. Ma szansę na wizytę u pediatry i na czyszczenie gniecionej marchewki ze swojej nowej bluzki. Ma szansę powiedzieć mężowi “Dzisiaj nie – jestem taka zmęczona”, a jemu pomyśleć “Uf! Ja też… Może jutro…”.

Ja biorę te życiowe szansy na sukces i nie wypuszczam ich do póki nie wycisnę wszystkiego. O pięknych chwilach myślę w piękny sposób, a o złych staram się zapominać.

Pamiętam swój piękny poród, bo zobaczyłam moją “nową” rodzinę. Nigdy nie konkurowałam w przeżywanym cierpieniu i nie jest ono moją chlubą. Moją chlubą jest moje szczęście.

Jak głos na pustyni

Daj się usłyszeć. Nieś trochę otuchy. Zapewniaj tony wsparcia. Mów dobrze. Bądź dobry. Dawaj dobro.

Skoro dociera do Ciebie ten syf, oddaj  za to piękno.

Jak głos wołającego na pustyni niech ta pusta przestrzeń Cię nie przeraża. Dobra słucha się uważnie i w ciszy – bez aplauzów. Jad boli, więc jest głośny i krzyki są obecne.

Sylwia

 

______________________

Chcesz przeczytać więcej? Polecam w kategorii felietony:

O moim porodzie przeczytasz w serii “Odczaruj poród” tutaj: KLIK

A tu o tym jak wyglądało moje Cesarskie cięcie krok po kroku

Leave a Reply

43 thoughts on “O kobiecie, która przeżyła “wydobyciny” i dlaczego nie byłam to ja”

  1. naszebabelkowo.blogspot.com

    A ja jako ado-mama nie przeżyłam ani porodu siłami natury, ani tych słynnych “wydobycin” – i jest mi z tym tak niesamowicie dobrze, że aż niektórzy uwierzyć nie potrafią ! 🙂 Po pierwsze – co za durny podział. Ważne, że jest dziecko – zdrowe, szczęśliwe, kochane 🙂 Po drugie – gdybym była w ciąży, wolałabym cesarkę. Po trzecie (choć ludzie stukają się w czoło 😉 ) – adopcja okazała się dla mnie opcją idealną, której nie zamieniłabym na nic innego w świecie 🙂

  2. Po co karmić trolle? Jakaś głupawa pani jest teraz na językach a jej słowa cytuje polski internet :/
    Jaka pani, taka sława. Ja miałam cesarkę. Nie na żądanie tylko z powodu zagrożenia życia. To poród jak każdy inny. Gdy nie było cesarek, więcej dzieci umieralo podczas porodu. Do tego mają nas cofnąć tego typu komentarze?
    Współczuje mamom, którym szpital funduje 2 porody w 1. Znam kilka takich dziewczyn i to takie nieludzkie 🙁

  3. Grażyna Zaborska-Szmajda

    Miałam cc. Uważam, że moje dziecko urodziło się 🙂 Owszem, wolałabym poród naturalny, ale w moim przypadku było to wykluczone. Jeśli cokolwiek zagraża życiu lub zdrowiu matki lub dziecka, cc jest konieczne.

  4. Wiesz… W tej kwestii doskonale sprawdza się powiedzenie :kobieta kobiecie wilkiem!”. Nie wiem o co ten cały szum, choć chyba idąc tropem myślenia niektórych osób to właściwie nie powinnam mieć prawa głosu gdyż jestem po dwóch cc…

  5. Po przeczytaniu Twojego wpisu pod moim tekstem z pomocą kilku przycisków wskoczyłam i jestem. 🙂 Twój punkt widzenia, chociaż tekst zupełnie inny, pokrywa się z moim i w głowę zachodzę, dlaczego i skąd w niektórych kobietach tyle jadu? Skąd biorą się brednie wyssane z palca i nowomowa prosto z Nibylandii? Cieszę się, że na każdym kroku spotykam się nie tylko z przejawami dziwności, ale też z przejawami dobroci i zrozumienia. Pozdrawiam, Sylwia z lasosfery 🙂

  6. Pingback: Torba do porodu - wyprawka do szpitala dla mamy - Matkiupadki.pl

  7. Pingback: Jak uprowadzić własne dziecko - Matkiupadki.pl

  8. Jakie to smutne, że dziewczyny fiksują się na tym co jest najmniej ważne. Dziecko jest najważniejsze, a nie to jak wydobyte.

  9. Nie byłam nigdy w ciąży, nie rodziłam, więc nie wiem, jak to jest… niemniej jednak uważam, że lepiej urodzić dziecko żywe niż martwe, więc skoro lekarze się decydują na cc, to doskonale wiedzą, co robią. I matka po cc wcale nie jest gorsza od tej rodzącej sn, bo o tym świadczą czyny, jaki ma stosunek do dziecka itp., a nie sposób narodzin.

  10. Ja po tym, kiedy dowiedziałam się, że można w ten sposób wartościować, czasem nabijam się z męża, któremu kiedyś cesarka uratowała życie, że w przeciwieństwie do mnie, nikt go nie urodził, a jedynie go wydobyto. Nawet w urodziny życzyłam mu najlepszego z okazji dnia wydobycia 😀 przykre tylko, że ktoś traktuje to poważnie. Na miłość boską… Przecież chyba lepiej, niż mieć dziecko martwe lub chore! Cesarki często się nie planuje. Tak już jest że jedna z nas urodzi tak, a druga inaczej. Po co sobie dosrywać?

  11. Ja zupełnie nie rozumiem, kwestii umniejszania narodzin dziecka przez CC. Skoro taka została podjęta decyzja to widocznie była ona słuszna. A czy się rodzi naturalnie, czy przez CC nie ma znaczenia. Jest się mamą i koniec!

  12. Jakiś czas temu dotarł do mnie tekst o tych “wydobycinach” i własnym oczom nie wierzyłam, że po pierwsze, ludzie są aż tak wścibscy, że chcą znać każdy szczegół z życia matki z dzieckiem, a po drugie, jeszcze chcą wszystko krytykować. Sama matką jeszcze nie jestem, ale nie wykluczam, ze nią będę i chyba wszystko, co będzie dotyczyło mojej rodziny będę trzymać z dala od internetu:) Nawiasem mówiąc, dla mnie cesarskie cięcie to nie jest gorszy poród, jest tak samo dobrym sposobem przyjścia na świat dziecka, zwłaszcza, gdy jest to niezbędne dla jego zdrowia i życia i życia jego matki:)

  13. Marlena Hryciuk

    Ja rodziłam siłami natury, jednak czy to w rodzinie, czy wśród znajomych znam kobiety, które RODZIŁY CC. Dla mnie to nie jest żadna ujma. CC to bardzo skomplikowana operacja. Myślę, że porównywanie do kobiet rodzących sn a poprzez cc, działa na podobnej zasadzie jak porównywanie mam, które karmiły piersią z tymi, które z tych czy innych przesłanek podawały mleko modyfikowane. Ja się zaliczam do tej drugiej grupy. Nie miałam pokarmu, młody nie potrafił ssać piersi. Masaże, poradnia laktacyjna, herbatki i ziółka nic nie dało. Było mi z tym źle bo widziałam spojrzenia koleżanek, uważały się za lepsze ode mnie. Było to dla mnie krzywdzące, bo badzo chciałam karmić naturalnie. Nie było mi to dane.Jednak moje dziecko jakoś na tym nie ucierpiało. Ja też zrozumiałam, iż to że NIE MOGŁAM karmić piersią nie czyni ze mnie złej matki. Tak samo nie uważam żeby poród przez CC było czymś wstydliwym czy poniżającym. Pozdrawiam serdecznie!

  14. Karolina Jarosz Bąbel

    Moja mama rodziła 2 razy. Moja siostra naturalnie, drugi poród ja cc. Ja rodziłam naturalnie, choć nie do końca poród wywoływany. Czy według mnie któryś z tych porodów był gorszy lepszy? Absolutnie że nie, każdy był taki na jaki sytuacja pozwalała. A niektóre kobiety uwielbiają wyrzucać swoje frustracje w sieci.

  15. Raz rodziłam naturalnie, drugi raz cc. Emocje może trochę inne. Ale i tu i yu wydałam na świat nowe życie. A te zmierzłe hejterki od wydobycin niech mózg wydobędą z otchłani…

  16. Dla mnie nie ma znaczenia czy kobieta rodzi sn czy cc. Jedno i drugie to poród. Jedno i drugie ma plusy i minusy. Nie rozumiem tego wszechobecnego hejtu.

    1. Parę lat temu cesarka była zalecana nad poród siłami natury. Teraz jest trochę odwrotnie a w tym wszystkim zderzyły się dwa podejścia, które zwalczają się wzajemnie. Trochę jak w polityce 😉

    1. Ja mam czasem wrażenie że są czystą prowokacją. O ile nie wydaje się w takie dyskusje z osobami, które jawnie pieprzą głupoty i nie są tego świadome, o tyle mam swoje zdanie na ten temat i swoje miejsce żeby je wypowiadać.

  17. To ja mam dziecko wywołane, bo nie miałam okazji zaznać tego zaskoczenia nadchodzących skurczów. Ile porodów tyle historii.

    Jak usłyszałam o tej pięknie rozdmuchanej opinii to oczom nie wierzyłam. Byłam pewna, że to tania prowokacja, bezmyślne słowa… No cóż, oby było jak najwięcej pozytywnych w tej sprawie głosów aby przycmily tę czystą głupotę.

    1. Podziwiam wszystkie mamy wcześniaków. Powiem Ci że to ich widok dodawał mi najwięcej siły. Miałam wrażenie, że nikt tak nie docenia tego dziecka jak one i to było widać po twarzach.

  18. Karolina Ostrowska

    ehh, mnie zawsze dobija fakt, że kobiety ubliżają innym przedstawicielkom swojej płci zamiast je wspierać słowem i czynem.

  19. Jakim to trzeba być zawistnym człowiekiem… Jak niską trzeba mieć samoocenę, żeby trzeba było ją sobie podnosić w taki sposób! Żeby wartość kobiety liczyć w rozwarciu… Podłe.

Dodaj komentarz

Dołącz do nas i pobierz ebooka



Kategorie

Cześć! To my :)

Mam na imię Sylwia i jestem trochę zwykła a trochę niezwykła. Jestem optymistką, ale lubię sobie ponarzekać. Jestem żoną Józka (możliwe, że jedynego Józka w Krakowie!). Piszę tu o sprawach, które uważam za ważne. Chciałabym przekazać i posłać w świat jak najwięcej tego, czego nauczyłam się podczas (już) dwóch ciąż, pracy jako wychowawca i streetworker i wielu innych doświadczeń o których więcej przeczytasz w zakładce o mnie :)

Zależy Ci na kontakcie ze mną? To świetnie! Oto kilka sposobów na to, jak możesz tego dokonać: napisz mail na matkiupadki@gmail.com

Odwiedź na facebook: 

https://www.facebook.com/matkiupadki/

Wyślij tajną wiadomość przez formularz: KLIK

Serwisy na których nas znajdziesz: