Rodzicielstwo wyższości

Wokół nas pełno ojców i matek uprawiających “rodzicielstwo wyższości”. Jestem pewna, że znasz tę metodę wychowawczą ze swojego podwórka. Niektórzy nieumiejętnie nazywają ją “rodzicielstwem bliskości”, “wychowaniem korczakowskim”, “pedagogiką przywiązania”… Nie ważne jednak jaką łatkę chcemy sobie przypiąć jako rodzice – w rodzicielstwie wyższości chodzi tylko i wyłącznie o bycie LEPSZYM od innych.

Metoda moja to sztandar mój

Zdarzało Wam się natknąć na poradę rodzica, który popierał ją argumentami opracowanymi przez twórców jakiejś metody? Mi też.

Zawsze zastanawiam się wtedy jaki kurs ukończyli, że zamiast nazywać się po prostu ‘rodzicem’ są oni przykładowo ‘rodzicem bliskości’, czy ‘rodzicem montesoriowości’. Jest to niezawodna metoda na zamykanie ust innym wychowującym swoje dzieci, no bo przecież jak tu dyskutować z kimś, kto ewidentnie metodę ma –  a Ty nie masz żadnej? Słysząc coś takiego zawsze myślałam sobie:

Aby prowadzić przedszkole ‘montesoriańskie’ trzeba skończyć studia, potem wiele kursów, pozytywnie przejść egzamin, a następnie otrzymać pracę w takim przedszkolu, lub założyć placówkę realizującą program oparty na metodach Marii Montessori. A aby być szumnie zwanym “rodzicem czegoś tam”?

Tutaj nie potrzeba kursów. Metoda jest prosta – miej dziecko, nie rób z nim nic, po czym nazwij inną matkę/ojca, który chce pracować nad zachowaniem swojego malucha “sadystą” i “treserem dzieci”. Na końcu dodaj “Nic nie wiesz o rodzicielstwie “.

Kurs ukończony. Egzamin zdany. Dyplom otrzymany, a odznaka dumnie lśni na piersi.

Wystarczy rzucić HASŁO – i jesteś lepszy od innych

Jednym z moich nałogów internetowych jest uczestnictwo w różnych dyskusjach na forach i grupach facebook’owych. Choć w zasadzie bardzo tego nie lubię, czasem nie mogę siedzieć bezczynnie i patrzeć jak mamy i ojcowie wprost wyśmiewają poczynania wychowawcze innych – odpowiadając im przy tym z wyższością na zadane przez nich pytanie. Po włączeniu się w taką dyskusję często sama staje się ofiarą ataków – a sami wiecie jak to jest – jest mi wtedy trochę smutno, jestem trochę zła, trochę mi ściska żołądek, ale piszę, żeby dodać otuchy tej osobie, którą sępy właśnie rozszarpują. Dlatego obecnie porządnie dobieram dyskusje, do których się włączam – muszę być pewna, że osoba do której napiszę, narażając się na publiczne wyśmianie tego co zrobiłam względem swojego dziecka – ma choć odrobinę chęci wysłuchać nie tylko ‘hejtu’.

Osobiście uważam, że nie trzeba mieć dzieci, żeby dużo wiedzieć o ich wychowaniu – przekonaj się dlaczego: KLIK!

Morderca dzieci, uciemiężyciel ciężarnych, sadysta starających się o dziecko

Zdarzało mi się usłyszeć “Żal mi Twojego dziecka”.

Po narodzinach Wiki często z nią wychodziłam. Dużo czytałam, chodziłam na kursy – w sumie z początku nie można ich nazwać wychowawczymi, więc były to kursy opieki nad noworodkiem i niemowlakiem. Potem w ramach socjalizacji z innymi fajnymi bobasami przerodziło się to w zajęcia w klubie rodzica. Wraz z innymi mamami uczestniczyłyśmy w szkoleniach z doradcami laktacyjnymi, w szkoleniach o emocjach, robiłyśmy sensoryczne zabawki według metod Montessori, bawiliśmy się wspólnie na zajęciach ruchowych dla niemowląt. Nikt nie próbował wtłoczyć nam do głowy, że jest to nasza życiowa dewiza – że to co tu robimy ma nazwę i że jest jedyną metodą na to, żeby nie zepsuć sobie dziecka.

Wzruszam się kiedy myślę o przyjaciołach, którzy poproszeni o pomoc przychodzili specjalnie do mojego domu, żeby pokazać mi jak zawiązać chustę, żeby choć chwilę potrzymać płaczące niemowlę, dodać otuchy kiedy musiałam zrobić coś, czego czasem naprawdę robić nie chciałam…

A było to – jak się dowiedziałam – tresowanie mojego dziecka.

Wytresuj sobie niemowlę

Według wszechwiedzącego Ludu Internetu, tresujesz swoje niemowlę jeśli:

  • próbujesz nauczyć je, aby piło choć kilka razy z butelki
  • starasz się je nauczyć spać samodzielnie w łóżku
  • nie chcesz nosić niemowlęcia na rękach kilka godzin dziennie
  • twierdzisz, że dziecko płacze nie tylko dlatego, że jest głodne (to jest najwyższa oznaka sadyzmu)
  • radzisz innym matkom jak wypracować coś z niemowlakiem

Spełniam wszystkie warunki bycia zwyrodnialcem. Czytajcie dalej, aby dowiedzieć się dlaczego chciałam “pozbawić dzieci matki”.

Moje niemowlę miało kolki. 100 dni płaczu w naszym przypadku przerodziło się w 6 miesięcy płaczu. Malutka tak bardzo płakała przez pierwsze dni życia, kiedy bolał ją bruszek, że nie znała zupełnie innych metod komunikacji – histeryczny płacz to była jedyna opcja – kiedy to dziecko nie spało po prostu się wydzierało. Do dziś dziwię się, że sąsiedzi nie zadzwonili po opiekę społeczną. Kto nie miał takiego bobasa w domu ten na prawdę nie wie jak wykończonym można być przy TAKIM “egzemplarzu” (strasznie nie lubię pisać “nie masz nie wiesz”, ale robię to żeby ukazać pewien problem – tak samo ja mogę tylko współczuć rodzicom dzieci z wadą serca – nie wiem jednak jak to jest żyć w ciągłej realnej obawie o zdrowie dziecka).

Kiedy Wiktoria skończyła 5 miesięcy akrobacje, które musieliśmy wykonywać, żeby położyć ją spać na zasłużoną drzemkę, po wielu godzinach płaczu były już niewyobrażalne – skakanie na piłce, BIEGANIE po pokoju z dzieckiem w chuście, podskakiwanie, bujanie no boki, bujanie w pionie – i  nie ważne co robiliśmy – po odłożeniu do łóżeczka histeria narastała (a wcześniej wcale się nie kończyła). Te “sesje” trwały około 1,5 – 2 godzin. Aż jedno z nas padło. Zdarzało mi się nosić ją i płakać – nie ze zmęczenia – płakałam bo nie mogłam jej ulżyć, a na dodatek byłam na siebie zła, że mam wrażenie, że to dziecko zwyczajnie mnie nie lubi.

Udało mi się wytresować swoje dziecko

 

Efektem “tresury” było między innymi powstanie ebooka o Karmieniu i planowaniu snu noworodka. Sprawdź – może będzie on dla Ciebie przydatny.

PRZEJDŹ DO ARTYKUŁU I POBIERZ

 

5 miesięcy minęło, a ja powiedziałam dość. Wiedziałam czego Wiktoria potrzebuje: mojej bliskości, obecności, przytulania. Nie potrzebuje biegania, bujania, skakania, grania pozytywek, misiów szumisiów i całego tego gówna, które równe gówno dawało.

Zacisnęłam zęby i… usiadłam. Wzięłam ją na ręce i usiadłam. Płakała tak samo jak zwykle, ale ja wiedząc, że jestem przy niej nie wstałam, tylko po to żeby zamknąć jej usta na te 30 sekund. Siadałam i głaskałam ją. Dwie godziny płaczu. Jak wcześniej. Kolejnego dnia półtorej godziny. Jak wcześniej. Trzeciego dnia na moich rękach płakała już tylko 7 minut. Po 2 tygodniach Wiktoria bez płaczu, głaskana po głowie, zasypiała odłożona we własnym łóżeczku.

Porada dla innej mamy – wiem co czujesz – trzymaj się

Wtedy zobaczyłam identyczną historię w internecie. Wszystko pasowało – dziecko nie ma już kolek, mama i ojciec nie dają rady, kobieta jest na skraju załamania. W jej pytaniu o to “jak nauczyć maluszka samodzielnego zasypiania” widać było desperację, bezsilność, bezradność… Dałam jej także swoją odpowiedź. Poprosiłam, żeby nie obwiniała się o płacz dziecka, żeby troszeczkę zmieniła myślenie i wiedziała, że bliskość jest najważniejsza, a nie to czy je nosi, skacze czy kica. Napisałam, żeby przemyślała to, dlaczego dziecko płacze i czego potrzebuje – jeśli jest nakarmione, ma suchą pieluszkę i mama go przytula – płacz nie powinien być jego jedyną reakcją. Poradziłam: uprość swoje metody – zobaczysz – skorzystacie na tym obydwoje.

Od innej mamy usłyszałam wtedy: “Dziecko potrzebuje noszenia i przytulania, ja swoich dzieci nie tresuję”. POZAMIATANE.

Dzięki za radę, kimkolwiek jesteś, twoje słowa będą mi brzęczały w głowie do końca życia i to właśnie daje mi pozytywnego kopa do dalszego działania. Byłaś (swoją drogą francowata babo) jednym z najważniejszych bodźców, które popchnęły mnie do pisania tego bloga. Cieszę się, że znasz DZIECKO. Tę istotę, która płacze, bo Ty wiesz dlaczego. Może tamta kobieta urodziła psa, a nie dziecko, nie pomyślałaś o tym? Może ja wydałam na świat krasnoludka, a krasnoludki jak wiadomo, można tresować.

Jakaś matka Cię posłucha i osieroci dzieci

Wszystkim młodym mamom radzę teraz – nie pytaj o nic nieznajomych Ci ludzi – internet to zakała kobiet w ciąży i wychowujących małe dzieci. Na palcach można wyliczyć strony wsparcia, na które czasem ktoś ma szczęście trawić, natomiast na tony przelewać można błoto internetowego hejtu i porad, które mają Cię zdołować. Wiem jak to jest – w pierwszej ciąży “łykniesz” wszystko. Wzbudzi to w Tobie strach, ale jak możesz to ocenić, przeżywając coś pierwszy raz i dopiero się ucząc?

Jedna dziewczyna zapytała o naturalne dla prawidłowego przebiegu ciąży skurcze macicy (tak zwane skurcze Braxtona-Hicksa) – bała się, że coś jest nie tak. Napisała też (co bardzo ważne), że była u ginekologa i pytała o to. Lekarz sprawdził szyjkę macicy, zrobił USG, powiedział, że ciąża przebiega bez żadnych powikłań.

W odpowiedzi dostała około 14 porad – “To poronienie – jedź na Izbę Przyjęć – u mnie skończyło się to poronieniem, nie ma co ryzykować”.

Na co ja napisałam: “W obydwu ciążach takie skurcze zaczynają mi się już koło 12 tygodnia. Zasięgnęłam w tej sprawie opinii 3 lekarzy. Wszyscy wyjaśniali, że to normalne i poradzili brać magnez. Byłam pod stałą obserwacją, jednak nic się nie działo i ciążę donosiłam. Nie stresuj się kochana, bo to tylko wzmaga ilość skurczów – jesteś pod opieką lekarza i to jego słuchaj”.

Oczywiście jak zwykle ktoś inny napisał także w odpowiedzi na moje słowa: “Ja w takim przypadku poroniłam.” Dopiero po moim nieustannym dopytywaniu o okoliczności dziewczyna przyznała mi, że ma wady genetyczne, ciąża od pierwszego dnia była zagrożona, miała odklejające się łożysko i nie dotrzymali 8 tygodnia. To bardzo, bardzo smutne. Tym bardziej, że swoje doświadczenie przekuwa w zastraszanie innych, nie podając pełnych informacji dotyczących swojego stanu zdrowia. Wie o tym i robi to w całkowitej świadomości.

Innym razem odpowiedziałam kobiecie na pytanie, czy po cesarskim cięciu można podjąć próbę porodu naturalnego. Oczywiście, że tak! Cesarzowe mają nawet przywilej wyboru, jakiego nie mają kobiety, które pierwszy raz rodziły naturalnie. Takiej też udzieliłam odpowiedzi, na którą, ktoś inny (jak zwykle – czemu to zawsze ktos, komu Twoje słowa nie pasują?) napisał: “Nie pisz o swoim głupim farcie jak o regule, bo ktoś posłucha i osieroci dzieci, Twój lekarz skoro na to zezwala musi być głupi w ch…”.

Kurtyna.

W internecie wiemy więcej od innych rodziców – rodzicielstwo wyższości metodą na samookaleczanie

Tu wychodzi z nas co najpaskudniejsze. Chociaż sama uważam, że są rzeczy, które stanowczo trzeba negować, wręcz zakazywać publicznie i upominać widząc coś takiego osobiście (a z niektórych należy się śmiać – jak np. niebezpieczne i niehigieniczne praktyki wycierania dziecka brudną pieluszką, żeby przestało płakać – aby zdjąć rzucony na niego urok), to mimo wszystko jestem zwolenniczką zamykania gęby, jak nie mamy do powiedzenia nic, co mogłoby pomóc.

Powiedz rodzicowi, ze tresuje dziecko, jeśli zrobił coś odmiennie niż Ty.

Wyrzuć z siebie jad i jakiś taki syf, który siedzi w Tobie, nie pozwalając Ci ogarnąć tego, że po drugiej stronie szklanego ekranu siedzi człowiek.

Dawaj komuś porady poparte tylko Tobie znanymi METODAMI – ale przyznaj przed sobą, że pieprzysz głupoty.

Przyznaj, że nic o tym nie wiesz, albo że właśnie to wymyśliłeś/łaś. Potrafisz powiedzieć, co to znaczy “rodzicielstwo x”? Czy może w rzeczywistości jest to metoda Janiny Nowak, ale gdybyś to napisał/napisała wyszłoby, że nie taki autorytet Twój jak go malujesz.

Rodzicielstwo wyższości okaleczy i Ciebie, bo to Ty nie potrafisz przyznać, że to rodzic zna swoje dziecko najlepiej i nie można się tu bawić w uniwersalizmy.

Stań z nami w szeregu rodziców beznadziejnych, którzy od życia chcą czegoś więcej niż Twojej metody na nietresowanie dziecka. Włącz szczerość i odrobinę empatii.

Pozdrawiam,
Sylwia

 

PS Trzymaj się mamo, trzymaj się tato. Jestem z Wami całym serduchem. Upadaj i podnoś się zawsze kiedy tego potrzebujesz – płacz do telefonu swojej mamie, napisz do mnie maila, że masz ochotę oddać swoje dziecko na dwa lata na wychowanie swojej ciotce. Wygadaj się. Znam dziewczynę, która przeszła depresję poporodową – widziałam ją niedawno – promienieje. Dasz radę.

Twój noworodek chce widzieć całość: to jak odnosisz porażkę, a także to jak się z niej otrząsasz – i rób to w wielkim stylu. Nie miej dziecka za bezwiedny worek płaczu, którym należy rzucać po pokoju żeby zasnęło. Nie róbcie z siebie wariatów. Obydwoje nauczcie się uspokajać. Będzie trudno. Ale satysfakcja po tym, jak dacie radę będzie ogromna.

_________________________________________________________________________

Spodobał Ci się ten wpis?

Przeczytaj więcej w kategorii felietony:

Jeśli interesują Cię moje wskazówki (jako jednokrotnej mamy, która obecnie jest w ciąży i wie mniej niż matka 3 dzieci) to serdecznie zapraszam Cie tu – czytaj i bierz co chcesz:

Dołącz do nas i pobierz ebooka



Kategorie

Cześć! To my :)

Mam na imię Sylwia i jestem trochę zwykła a trochę niezwykła. Jestem optymistką, ale lubię sobie ponarzekać. Jestem żoną Józka (możliwe, że jedynego Józka w Krakowie!). Piszę tu o sprawach, które uważam za ważne. Chciałabym przekazać i posłać w świat jak najwięcej tego, czego nauczyłam się podczas (już) dwóch ciąż, pracy jako wychowawca i streetworker i wielu innych doświadczeń o których więcej przeczytasz w zakładce o mnie :)

Zależy Ci na kontakcie ze mną? To świetnie! Oto kilka sposobów na to, jak możesz tego dokonać: napisz mail na matkiupadki@gmail.com

Odwiedź na facebook: 

https://www.facebook.com/matkiupadki/

Wyślij tajną wiadomość przez formularz: KLIK

Serwisy na których nas znajdziesz:

Close